Początkowo planował wyruszyć w trasę z Berlina. – Z mojego rodzinnego Ślesina jest trochę za daleko, więc stwierdziłem, że pojadę albo z Berlina, albo ze Szczecina. Przez pewne perypetie związane pociągiem nie mogłem dojechać do Berlina, więc zdecydowałem się na dłuższą trasę ze Szczecina – opowiada Krzysztof Kędziora, który prawie 400 kilometrów przejechał w ciągu trzech dni.
Dlaczego zdecydował się na ten wyjazd akurat w tym roku? – Dostałem od żony zielone światło. Dla niej to też była logistyczna kwestia. Na wyspę Fehmarn Kamila musiała przejechać samochodem z dzieciakami 840 kilometrów, co było nie lada wyzwaniem. Ale w tym roku powiedziała, że jak już mam jechać to, żebym jechał. No i tak właśnie za jej sprawą pojechałem – mówi Krzysztof Kędziora.
– Sakwę na rowerze doposażyła moja żona. Śmiałem się, że wiozę pół domu, bo właściwie byłem przygotowany na każdą ewentualność. Nie jestem sportowcem, tylko bardziej takim turystą, który woli zwiedzać, oglądać. Musiałem więc mieć przy sobie wszystko, co pozwoli mi przetrwać w różnych warunkach kilka dni. To były ubrania, leki, najróżniejsze rzeczy, które się bardzo przydały. Okazało się na przykład – to taka ciekawostka – że w Niemczech nie jest tak jak u nas – w każdej wsi przynajmniej jeden sklep. Kiedy zapytałem, gdzie mogę kupić wodę, to się okazało, że dopiero 20 kilometrów dalej, w najbliższym miasteczku – mówi Krzysztof Kędziora.
Co zdziwiło go podczas tej drogi? Właściwie na prawie 400 kilometrów, tylko może dwadzieścia, dwadzieścia kilka kilometrów jechał drogami, po których też poruszały się samochody. – Reszta to były ścieżki rowerowe, nawet w najmniejszych wioskach. I to wszystko tak fajnie zrobione, że to nie były jakieś drogi łatane, tylko po prostu lity asfalt. To mnie naprawdę bardzo pozytywnie zdziwiło, bo przez to nie musiałem jechać takimi obleganymi, uczęszczanymi trasami – opowiada.
Czy jechał sam? – Tak. Mój syn miał jechać ze mną, jednak z pewnych powodów zdrowotnych nie mógł, ale umówiliśmy się, że może w przyszłym roku pojedziemy razem. Tylko wtedy już nie 3 a 4 dni – mówi i przywołuje nazwisko Kacpra Koszala, triathlonisty, który przejechał ostatnio całą Polskę. – To jest brat mojego szwagra, więc jesteśmy jakby troszkę w rodzinie. Miałem taki dylemat, że ja 400 kilometrów przez 3 dni jechałem, a on 700 kilometrów pokonał w 45 godzin. Ale to zupełnie nie moja liga. Ja tego nie robię sportowo, tylko po prostu rekreacyjnie. Dla siebie. Ale to nie była moja pierwsza trasa, bo dość regularnie jeżdżę z synem. W wieku siedmiu lat już pojechał ze mną i zrobiliśmy razem 70 kilometrów. Tak czasami sobie jeżdżę, bo nie można się zasiedzieć za biurkiem – dodaje.
– Momentami ciężko. Po wyjeździe ze Szczecina do pierwszego postoju było dość ciężko. Po pierwsze były spore wzniesienia do pokonania. Po drugie było takie słońce, chyba ze 40 stopni, jeszcze asfalt grzał, to czuło się z 50 stopni i trudno było naprawdę właśnie przez to wytrzymać. I jeszcze ta perspektywa, że najbliższa woda jest dopiero za 20 kilometrów. Tak się trochę czułem jak na pustyni. Trzeba było przejechać przez miasteczka, gdzie tylko taka betonoza – sam bruk albo jakieś betonowe elementy. Po prostu to dawało czasami takie wrażenie, jakbym wjechał do piekarnika –opowiada.
Powitanie przez rodzinę było wyjątkowe. Na mecie, czyli wjeździe na posesję teściów, rozciągnięta była szarfa, był szampan, kwiaty i woda dla ochłody. – Taką mam właśnie fajną rodzinę, że oni po prostu zawsze najmniejsze nawet sukcesy świętują mniej więcej w ten sposób. Może bez szampana, ale właśnie w taki sposób – opowiada Krzysztof Kędziora. A jak wyglądały kulisy dojazdu do mety? –Na wyspę można się dostać tylko mostem, który ma około kilometra długości. On jest w tej chwili remontowany. Widziałem się z żoną nieco wcześniej, bo ona musiała mnie przewieźć przed most, ponieważ tam jest zakaz poruszania się pieszych i rowerzystów. Już wtedy się przywitaliśmy, a za mostem już dojechałem do miejscowości, w której mieszkają moi teściowie – mówi.