Zwyklesą pierwsi w miejscu, gdzie potrzebna jest pomoc – a chodzi najczęściej ozdrowie, a nawet ludzkie życie. Na każdą akcję – czy do wypadku, czy pożaru – wyjeżdżajątak samo zmobilizowani. Wiedzą, że czasami kiedy ratują życie ludzi ryzykująwłasne, jednak nie widzą już swojej codzienności bez straży. Są teżprzyjaciółmi, którzy dbają o siebie nawzajem, nie tylko podczas akcji. – Chcielibyśmywyjeżdżać jak najmniej i tylko do błahostek. Jakby teraz zawyła syrena, towstajemy i wyjeżdżamy. Gorzej o tym opowiedzieć – śmieją się strażacy-ochotnicyz OSP w Paprotni w gminie Krzymów, który zgodzili się opowiedzieć o swojejspołecznej pracy.
Wielu z nas widzi strażaków-ochotników, jak ratujążycie czy mienie zagrożone wypadkami czy pożarami. I nikt nie zastanawia się,skąd się wzięli w tym miejscu. Marta Pawlak (wiceprezes OSP w Paprotni),Sebastian Miętkiewski (skarbnik), druhowie Radosław Rusek i Kamil Wszędybyłwyjeżdżają razem na akcje od 7 lat. – Wyjeżdżamy razem na 90 procent akcji –mówią. W składzie jest dowódca, kierowca i czterech strażaków. W samochodziejest maksymalnie 6 miejsc. – To zależy jak jest przystosowany samochód. Naszwyjazdowy ratowniczo-gaśniczy ma 6 miejsc. Ale kontenerowe, techniki czy z wodąmają 3 miejsca. Ale są takie, które mają po 8 miejsc. Wszystko zależy od modelusamochodu – wyjaśniają.
Ochotnicy mają różne systemy powiadamiania. – Mymamy trochę starszy typ, ale funkcjonuje. Jest wykupiony system, który co roku jestopłacany. To działa na zasadzie połączeń i SMS-ów na telefony prywatne. Naszenumery są wprowadzane do takiej bazy, co roku są weryfikowane. W momenciealarmowania, pierwszą informację dostaje stanowisko 112. Stamtąd przekazująinformację do Konina, a Konin nas zaalarmuje, bo wysyła informację na naszsystem. On otrzymuje wiadomość i przekazuje do drugiego systemu i ten dopierorozsyła powiadomienia. Dostajemy SMS-a albo dzwoni telefon. I po paru sekundachwłącza się syrena. Wtedy rzuca się wszystko, jak jest możliwość, choć niezawsze można. Jak w nocy nas alarm wyrwie, to inaczej się reaguje. W nocymożemy wyjechać w ciągu 5-7 minut, w dzień 3-4 minuty, jeśli jest skład. Jeśliteraz by był alarm, to jak tu siedzimy możemy wyjechać w ciągu 30 sekund, bomamy skład wyjazdowy – opowiadają. W 2021 roku wyjeżdżali na akcje 39 razy.Najwięcej do usuwania gniazd owadów błonkoskrzydłych – os i szerszeni. Wiosnągaszą pożary traw. Jesienią to najczęściej pożary sadzy.
Jakie wyjazdy są najtrudniejsze? – Wypadki i pożarydomów jednorodzinnych. Na każdą akcję wyjeżdżamy z taką samą mobilizacją. Coroku ktoś nam dochodzi do tego składu. Jak jedziemy to dla kogoś nowego możebyć szok, ręce się mu trzęsą, kiedy znajdzie się w trudnej sytuacji. Trzeba sięprzyzwyczaić – mówią. Jak radzą sobie z sytuacjami, kiedy jadą do śmiertelnego wypadku?– Jest może jakieś załamanie, jest chwila zadumy, ale żyjemy dalej. To wszystkozależy od psychiki. Są zawodowi strażacy, którzy wyjeżdżają na akcje, gdzie naprzykład zginie dziecko, a oni akurat mają dzieci. Czasami dochodzą do siebiekilka miesięcy czy lat. Był z nami chłopak, który jeździ od niedawna. To byładla niego trzecia akcja i od razu śmiertelny wypadek. Trzy osoby zginęły i to jeszczedzieci. Na własnej skórze trzeba się przekonać. Z opowieści to inaczej wygląda,człowiek się dopiero przekonuje jak wyjedzie i zobaczy, co zastanie na miejscu.A każda akcja jest inna. Nie ma takiej samej. Ogień może się palić w identycznysposób, ale inaczej trzeba go gasić – opowiadają.
Skąd wiedzą, jak ratować ludzi? – Szkolimy się –odpowiadają. A nie wahają się czy wszystko robią dobrze, czy nie zaszkodzą? – Jeśliktoś jest nieprzytomny i nie oddycha, to mu nie zaszkodzimy. Jakichkolwiek działańbyśmy nie podjęli, to one będą dla niego dobre w danej sytuacji. Wiele rzeczyrobi się automatycznie. Osoby ratowane potrafią być w takiej adrenalinie, żejesteśmy w czwórkę i nie możemy go utrzymać – mówią. – Mamy jakieś wzorypostępowania, których nas uczą na kursach kwalifikowanej pierwszej pomocy itrzeba się tego trzymać ramowo, alekażda sytuacja jest inna i trzeba być elastycznym – dodają.
Bardzo ważne jest miejsce zdarzenia. – Jeśli wypadekjest blisko, to jesteśmy pierwsi. Jest na przykład 5 poszkodowanych, a nas jest6. Mamy jedną torbę, jedną deskę, a tak się już zdarzyło. Dobrze być pierwszym,by jak najszybciej udzielić tej pierwszej pomocy, ale jest wtedy bardzo ciężko.Ma się jednak z tyłu głowy, że te siły jeszcze jadą. Na pierwszy rzut trzebaudzielić pomocy tym, którzy tego najbardziej potrzebują. Roboty jest zawszedużo, bo to nie tylko zajęcie się osobą poszkodowaną, czasami samochód siępali, trzeba zabezpieczyć, zamknąć drogę, przygotować sprzęt do rozcinania.Kierowca obsługuje samochód. Dowódca musi rozpoznać sytuację i cały czaskontaktować się z Koninem przez radiostację, przekazywać informacje. I jestczterech wolnych ludzi, którzy muszą zrobić dojście do osoby poszkodowanej, zakleszczonejw samochodzie. Idą w ruch narzędzia hydrauliczne, które trzeba podłączyć,odpalić, użyć – opowiadają strażacy.
Gaszenie pożaru w domu mieszkalnym to długotrwałaakcja. – Jak się zajeżdża to nie jest tak, że widzi się ogień i dom się pali.Najczęściej zarodek tego ognia jest w środku. Zawsze trzeba dotrzeć do źródłapożaru. Trzeba się dowiedzieć, czy są ludzie w środku, czy jest prąd odłączony,gdzie jest zasilanie wodne, dużym zagrożeniem dla nas jest fotowoltaika. Jeślijedziemy gdzieś, gdzie są już inne jednostki, to nasze zadanie będzie polegałona podaniu wody albo ubraniu ratowników – tłumaczą.
Czy boją się o swoje życie? – Nie myślimy o tym. Niema na to czasu. Zawsze chce się uratować, jak najwięcej. Na szkoleniach zawszemówią, że najważniejsze jest nasze zdrowie. Bo jak coś się stanie, to jeszczenas trzeba będzie ratować. Będzie podwójny problem. Trzeba mieć oczy dookołagłowy, zdrowy rozsądek i dobrze ocenić sytuację. Znamy się nawzajem doskonale.Wiemy, kogo można ubrać w aparat, kto bardziej się nada. Jeden woli kulać wężei gasić pożary, drugi lepiej tnie auta, następny ratuje poszkodowanych –opowiadają.
Dlaczego pełnią tę społeczną służbę? – Robimy to, bolubimy. Nikt nigdy nie patrzy, żeby dostać za to jakieś pieniądze. Większośćzrzeka się ekwiwalentu. Tu stoi taki autobusik i tam się te pieniądze wrzuca.Na jakieś utrzymanie własne – mówią. – Tu jest nasz drugi dom. Wyjazdy na akcjezajmują 10 procent czasu, jaki tu spędzamy. Czasami to jakieś nerwy małżeńskiesą nawet z tego powodu. To dodaje trochę ognia. A tutaj trzeba posprzątać,sprzęt przejrzeć, samochód, szkolić się. Spotykamy się też towarzysko. Jesteśmyprzyjaciółmi. Czasami razem oglądamy mecze. Prowadzimy wiele działańprofilaktycznych i akcji charytatywnych. Zbieraliśmy dary dla Ukraińców, tozrobiliśmy wewnętrzną zbiórkę. Ludzie się dowiedzieli, że robimy i teżprzynosili. Jesteśmy po prostu jednąwielką rodziną. Starsi druhowie interesują się, gdzie jedziemy jak jest alarm.Tu zawsze jest robota. Jest fajnie, jest wesoło.
– Ja już od trzech lat nie jeżdżę na akcje, ale z tymichłopakami tu jestem często. Tu mnie po prostu ciągnie – mówi Piotr Karczewski.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przegladkoninski.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz