W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Szczegółowe informacje znajdują się w POLITYCE PRYWATNOŚCI I WYKORZYSTYWANIA PLIKÓW COOKIES. X
Yassumi

Aktualności

Janusz Wawrowski nagrał niezwykły koncert. „Miejmy odwagę i pozytywną energię, tak jak to dzieło"

2021-04-04 07:22:00
Janusz Wawrowski nagrał niezwykły koncert. „Miejmy odwagę i pozytywną energię, tak jak to dzieło"

Występujący w największych salach koncertowych świata, grający na jedynych w Polsce skrzypcach Stradivariusa wirtuoz pochodzący z Konina Janusz Wawrowski serwuje nam kolejne wyjątkowe nagranie. Z artystą rozmawiamy o jego najnowszej płycie „Phoenix”, na której znalazł się między innymi odnaleziony na nowo koncert skrzypcowy Ludomira Różyckiego.

– Dlaczego tak nazwałeś swoją najnowszą płytę?

– Ten tytuł wziął się z idei odradzania z popiołów, czegoś co jest uważane za martwe, jak ten mityczny Feniks. Tak i z popiołów powstaje ten koncert skrzypcowy Ludomira Różyckiego. Ale to jednak nie tylko sam symbol tego utworu, którego część zapisu w jakimś sensie odnalazłem na nowo. Koncert został zrekonstruowany według wszystkich materiałów, które przetrwały Powstanie Warszawskie, wojnę. Płyta niesie też pewną symbolikę odradzania się naszego kraju, jak i tej części Europy, która była zdewastowana przez wojnę. Dzisiaj, o czym jeszcze nie wiedzieliśmy realizując tę płytę, niesie dla nas nadzieję na obecne ciężkie czasy, pewnie nieporównywane z II wojną światową, która była strasznym dramatem. Ale żyjemy w pandemii, jesteśmy pełni niepokoju i nie wiemy jak to wszystko się rozwinie. Myślę więc, że Ludomir Różycki i jego koncert skrzypcowy mówi do nas – miejmy odwagę i pozytywną energię, tak jak to jego dzieło, które zostało napisane w najciemniejszych czasach, a chyba jest jednym z jego najbardziej optymistycznych.

– Powiedzmy może o historii tego koncertu Ludomira Różyckiego, bo jest owiany pewną tajemnicą. Pojawiają się informacje, że przeleżał pod gruzami w czasie Powstania Warszawskiego, a potem został odkryty. Jak koncert trafił w Twoje ręce?

– To jest bardzo skomplikowana historia. Koncert skrzypcowy Ludomira Różyckiego już funkcjonował i został dwa razy zrekonstruowany. Przetrwała partia skrzypiec w całości, o czym wcześniej nie wiedziałem, a także tzw. redukcja orkiestry do partii fortepianu. Zazwyczaj kompozytorzy na początku je tworzą i są takim akompaniamentem dla skrzypiec. Potem rozbudowują to dopiero do warstwy orkiestrowej, czasami robią to równolegle. I wiadomo było, że przetrwała ta partia fortepianu z zapisem partii skrzypiec. Były dwie rekonstrukcje – jedna w latach 50., 60., druga około 2000 roku. Ja jako pierwszy skojarzyłem te nuty z początkiem partytury, czyli całego zapisu orkiestry. Okazało się jednak, że Różycki rozpoczął orkiestrację i to jest ponad połowa pierwszej części. Była już gotowa partytura, co warto powiedzieć. Wystarczyło to przepisać do druku, bo to był rękopis. Wszystko co słyszymy na płycie, pierwsze 3 minuty 45 sekund to oryginalny zapis Różyckiego, czyli nic nie trzeba było poprawiać. Potem Ryszard Bryła, czyli ostatni rekonstruktor tej orkiestracji, kontynuował to dzieło. Oczywiście, mieliśmy dzięki temu zupełnie inną wizję dzieła. Kiedy już wiemy, w jaki sposób kompozytor wyobrażał sobie poszczególne głosy, w jakich instrumentach, to daje też wizję na cały utwór. Pozwala lepiej i trafniej zrekonstruować całość dzieła. Dlatego pozwoliliśmy sobie to nagranie nazwać nową premierą, ponieważ w sumie jest to premiera tych pierwszych kilkudziesięciu taktów kompozytora. Tego jeszcze nikt nie przepisał i nie nagrał.

– Łatwo gra się skrzypkowi utwór napisany przez Różyckiego, który był pianistą?

Jest to świetnie napisane, w bardzo dobrych rejestrach. Widać, że Różycki użył swojej wielkiej wiedzy, chociaż nie był skrzypkiem. I jeśli tego nie konsultował z żadnym skrzypkiem, to naprawdę wykonał genialną pracę. Na przykład Karol Szymanowski pisał oba koncerty wspólnie z Pawłem Kochańskim, który był wybitnym skrzypkiem. A wracając do utworu Różyckiego, także kwestia partii orkiestry jest bardzo dobrze rozegrana. Nie jest napisana za grubo, nie ma zbyt dużej instrumentacji w momencie, kiedy grają skrzypce. Potem, kiedy skrzypek przestaje grać, orkiestra się otwiera, są takie potężne momenty, które na żywo robią ogromne wrażenie. Ale oczywiście były momenty trochę „niegrywane” na skrzypcach i ewidentnie nieskonsultowane z żadnym skrzypkiem. Podejrzewam, że przez zawieruchę wojenną Ludomir Różycki nie zdążył tego zrobić. Wiemy, że były jakieś próby z Władysławem Wochniakiem, przyjacielem Różyckiego, żeby to zagrać. Jak wynika z notatek, partia szczególnie drugiej części, w której zrobiłem najwięcej zmian, była tak trudna, że nie był w stanie tego wykonać do końca. Pewnie zabrakło im tego czasu, żeby wprowadzić poprawki. Ja pracowałem nad tą partią przez dwa lata nim zdecydowałem się na ostateczne zmiany. Nie chciałem, żeby to było zbyt pochopne. Ten koncert jest bardzo trudny, porównałbym go do Wieniawskiego i momentami do Paganiniego, z taką głębią Czajkowskiego. Nie starałem się jednak uprościć tego koncertu, tylko uczynić bardziej skrzypcowym.

– Na płycie „Phoenix” oprócz koncertu Ludomira Różyckiego, jest również koncert Piotra Czajkowskiego. Obaj kompozytorzy pracowali nad tymi utworami w trudnych dla siebie momentach – pierwszy w czasach wojny, drugi po rozstaniu z żoną. A powstały optymistyczne dzieła. Jak myślisz, muzyka była dla nich ucieczką?

– To jest ciekawe z takiego psychologicznego punktu widzenia. Może te oba koncerty byłyby świetnym tematem doktoratu w tej dziedzinie. Szczególnie trzecia część koncertu Czajkowskiego i druga, czyli ostatnia, Różyckiego, są z fajerwerkiem. Może to rodzaj terapii, a może manifestu? Oczywiście w obu dziełach słyszalna jest też ta nutka melancholii, żalu, także tego słowiańskiego. Doszukujemy się również takiej filmowości, wręcz hollywoodzkości. Wiemy, że muzyki Piotra Czajkowskiego używa się często w filmach, nawet w bajkach. Powstała nawet seria filmów animowanych, których oprawą w całości są balety Czajkowskiego. W tych obu koncertach czuć to, w czym kompozytorzy się specjalizowali. Obaj pisali świetne opery i balety. Różycki był autorem słynnego baletu „Pan Twardowski”, który jeszcze za jego życia został wykonany ponad 800 razy. To jest ten pierwiastek, który łączy muzykę Czajkowskiego i Różyckiego. Oba te koncerty są bajkowe, po prostu fantastyczne.

– Jaki wpływ na efekt końcowy tej płyty miało to, że była nagrywana w Londynie?

– Wyobrażając sobie, jak może zabrzmieć ten koncert, od początku pomyślałem, że mógłby być nagrany w Londynie. Tamtejsze orkiestry dostarczają nagrania muzyki filmowej na cały świat, wielu hollywoodzkich kompozytorów po nie sięga. One bardzo często nie grają tylko klasyki, ale i rozrywkę. Mają więc wyczucie łączenia stylów, ale też sama jakość brzmienia orkiestr londyńskich znana jest na całym świecie. Oczywiście pomyślałem też, że z marketingowego punktu widzenia będzie dobrze, jeśli zagra orkiestra z Londynu, bo wtedy ten materiał ma szansę dotrzeć do szerszej publiczności. Zresztą Czajkowski jest niezwykle popularny w Londynie. Atmosfera w trakcie nagrań była fantastyczna, jednocześnie luźna i przyjazna. Orkiestra od razu polubiła koncert Różyckiego, bo Czajkowskiego już wcześniej znała. Maestro Grzegorz Nowak, który dyrygował Royal Philharmonic Orchestra i często z nią gra, był takim pomostem między orkiestrą a mną. Wcześniej był też skrzypkiem, koncertmistrzem w operze, więc wniósł wiele cennych uwag do tej interpretacji.

– W realizacji takich międzynarodowych nagrań pomaga połączenie Janusz Wawrowski-Stradivarius?

– Na pewno, a przede wszystkim wielu krytyków na świecie wskazuje na wspaniałe brzmienie tej partii skrzypiec. Bez takiego instrumentu naprawdę bardzo trudno byłoby osiągnąć ten efekt. To jest niesamowite, że on nie tylko brzmi w pięknych dużych salach, ale na tych nagraniach słychać, że z takiej klasy orkiestrą świetnie się miksuje. Pięknie się wybija na tle orkiestry.

– Czy te skrzypce jeszcze potrafią Cię zaskoczyć?

– To jest cały czas żywy organizm. Wyjątkowe jest to, że trudno przyzwyczaić się do skrzypiec tej klasy i wpaść w rutynę. Zdarza się, że gdy odpoczniemy od siebie kilka dni, wtedy ta radość powrotu jest jeszcze większa. To naprawdę bardzo inspirujący instrument.

– Chciałbym jeszcze nawiązać do tytułu płyty „Phoenix”, bo on mi się również kojarzy właśnie ze skrzypcami, na których grasz. One przecież odrodziły się jak Feniks, bo wcześniej były takim „ukrytym skarbem”.

– Jakoś o tym nie pomyślałem, a tak rzeczywiście jest. Niektórzy pisząc o tej płycie, wskazywali z kolei, że koncert Różyckiego był taki „hidden” (z ang. ukryty) nawiązując do mojej poprzedniej płyty „Hidden violin”. Bardzo ważne jest to, że właśnie dopiero po uzyskaniu tego instrumentu udało się nagrać ten koncert. To wszystko na siebie bardzo pozytywnie oddziałuje – instrument na to dzieło Różyckiego, ale i nagranie nowego koncertu wzbogaca rodowód tych skrzypiec.

– Nadal będziesz wirtuozem i archeologiem? Będziesz przekopywał archiwa w poszukiwaniu takich perełek, jak chociażby koncert Różyckiego?

– Jak najbardziej. Są to czasem perełki na różnym poziomie ukrycia. Często jest tak, że pewne dzieła są u nas odkryte i grane, nawet nagrywane. Nie miały natomiast szczęścia, żeby przebić się na światowym rynku. Mam nadzieję, że ta płyta pomoże mi i wytwórni przy okazji następnych albumów promować pewne utwory poza granicami Polski. A czasami w dotarciu do szerokiej świadomości i przebicia się przez wiele bardzo dobrych produkcji ważny jest zbieg wielu czynników – wytwórni, instrumentu, na którym się nagrywa, miejsca, orkiestry, dyrygenta.

– Choć niedawno na rynku pojawiła się płyta „Phoenix”, znając Cię, na pewno masz już w głowie pomysł na kolejne nagranie?

– Oczywiście (śmiech). Nie ukrywam swojej miłości do muzyki Mieczysława Karłowicza, który napisał przepiękny koncert skrzypcowy. Jest superznany w Polsce, ale tysiąc kilometrów dalej w jakąkolwiek stronę nikt o nim nie słyszał. Inną moją fascynacją jest też Grażyna Bacewicz, wybitna kompozytorka, fenomenalna skrzypaczka i też za mało doceniona na świecie. Moje plany mają więc związek z tymi dwiema postaciami.

zdj. Fabrizio Maltese

WYWIAD Z JANUSZEM WAWROWSKIM UKAZAŁ SIĘ W ŚWIĄTECZNYM WYDANIU PRZEGLĄDU KONIŃSKIEGO
Marcin Szafrański



Śledź nas na

Komentarze

Autor:
Treść komentarza:

Wybierz obrazek na którym narysowany jest dom:





Maciej
Brawo. Duma Konina!


Jesteśmy na: