Uśmiechnięta dziewczynka z opaskąwe włosach biega pośród gości. Z lekkim zażenowaniem przyjmuje życzenia,odbiera prezenty. I nie do końca może zrozumieć, dlaczego wielu dorosłych małzy w oczach. Trzylatka nie do końca zdaje sobie sprawę, że okazja jestwyjątkowa. Zosia Borkiewicz w letnią sobotę świętowała nie tylko swoje trzecieurodziny, ale także… życie. Po ponad roku walki, pokonała nowotwór złośliwy.
Zaczęło się od przeziębienia
Zosięnasi czytelnicy poznali w ubiegłym roku. To wtedy opisaliśmy dramatyczną walkędziewczynki i jej bliskich. Zwykłe przeziębienie u dziewczynki okazało siępoczątkiem neuroblastomy IV stopnia, a lekarze w brzuszku dziecka znaleźlipełno guzów. – Nowotwór zaatakował teżklatkę piersiową, kości i węzły chłonne – wspomina Wioleta, mama Zosi. Napoczątku kwietnia Zosia i mama trafiły do szpitala w Koninie, a dwa dni późniejzostały przewiezione do Warszawy, do Instytutu Matki i Dziecka. – W Koninie powiedziano nam, że to nowotwórkości, że Zosia ma coś w nóżce. W stolicy pani doktor od razu rozpoznałaneuroblastomę. Nowotwór złośliwy, dla nas te słowa zabrzmiały jak wyrok – mówicicho Wioleta.
Rozpoczęłasię walka z najtrudniejszym przeciwnikiem. I nieprzewidywalnym. Leczenie Zosiodbyło się zgodnie z protokołem opracowanym przez Stowarzyszenie SIOPEN.Dzielna dziewczynka przeszła osiem cykli chemioterapii COJEC, miała pobranekomórki macierzyste, a ponad rok temu usunięcie guza pierwotnego. – Niestety, okazało się, że części guza nieudało się usunąć – opowiada Kuba, tata Zosi. Kolejny etap leczenia to tzw.megachemia, autoprzeszczep komórek macierzystych i radioterapia. Czternaściecykli naświetlań. I w końcu upragnione przeciwciała anty GD-2.
Wszyscymocno ściskali kciuki, by leczenie się powiodło. Chociaż na każdym krokuWioleta i Kuba słyszeli, że mało które dziecko przechodzi cały protokółleczenia bez powikłań i odstępstw. Że neuroblastoma to naprawdę trudnyprzeciwnik i gdy organizm Zosi złapie jakąś bakterię, a proces leczenia sięopóźni, to będzie potrzebne leczenie za granicą. – Na szczęście nasza wojowniczka dała radę. Chociaż nie było łatwo.Terapia przeciwciałami miała wiele skutków ubocznych, ale uprzedzano nas o tym.Zmieściliśmy się w terminach wyznaczonych w protokole. I dziękujemy Bogu, żenie musieliśmy płacić za podanie przeciwciał. Że nam się udało – mówiWioleta i z czułością patrzy na Zosię. Bo nie wszyscy jej koleżanki i koledzy zoddziału mieli aż tyle szczęścia. Część musi szukać pomocy w Niemczech. Inni –za leczenie płacą, bo przeciwciała nie są już refundowane. – To ogromne sumy. Około 160 tysięcy euro za dziecko. My naprawdęmieliśmy szczęście – dodaje Wioleta.
Upragniony powrót do domu
Poponad roku pobytu w szpitalach, po dziewięciu miesiącach spędzonych w izolatcerodzice Zosi usłyszeli upragnione słowa: możecie zabrać córkę do domu, jestzdrowa. – Tak długo na to czekaliśmy,chociaż jeszcze nie możemy spać spokojnie. W brzuszku pozostała niewielkazmiana, ale pani doktor na razie będzie ją obserwować. Jest szansa, że przykolejnej kontroli już jej nie będzie, bo przeciwciała działają jeszcze trzymiesiące – tłumaczy Wioleta.
TerazZosia i jej mama muszą wrócić do normalności. Zamienić szpitalne życie na todomowe. – Nie jest łatwo. Mam wrażenie,że Zosi przyszło to łatwiej. Ona jest radosna, uśmiechnięta, wszędzie jejpełno. Chciałaby robić sto rzeczy naraz. W ciągu kilku dni nadrobić to, costraciła. Uśmiech nie schodzi z jej twarzy. Mnie jest nieco trudniej. Boję sięo nią jeszcze bardziej, niż gdy była w szpitalu. Musimy uważać na wiele rzeczy.Unikać kontaktu z chorymi, bo Zosia ma niską odporność. Ma też cały czasbroviaca, tak zwane wejście centralne do podawania leków, kroplówek, pobieraniakrwi. To było ułatwienie dla pielęgniarek i Zosi. Na razie go nie usunęliśmy. Wpaździerniku mamy kolejne badanie. Wtedy podejmiemy decyzję – tłumaczyWioleta.
Rodzice Zosi mają nadzieję, żenajgorsze już za nimi. Że pokonali trudnego przeciwnika. – Staramy się żyć normalnie, ale strach, że to wszystko wróci gdzieśtam się czai. Przed nami dwa lata. Jeśli w tym czasie nowotwór nie zaatakuje,będziemy bardzo szczęśliwi. A po pięciu latach będziemy mogli stwierdzić, żeleczenie jest całkowicie zakończone – mówi Kuba. – Chwil przeżytych w szpitalu, strachu o Zosię, jej bólu i cierpienia– nie da się tak łatwo zapomnieć. Wymazać z pamięci. Mamy tylko nadzieję, żeona tego nie będzie pamiętać. Że jest zbyt mała i czas działa na jej korzyść– dodaje.
Wioleta i Kuba są przekonani, że nieporadziliby sobie, gdyby nie pomoc ludzi o dobrych sercach. – Nie sposób wymienić wszystkich. Bliscy inieznajomi wspierali nas psychicznie, finansowo i fizycznie. Mieliśmy silnąarmię pomagaczy. To dzięki nim wygraliśmy, pokonaliśmy raka. Wiemy, że nasze„dziękuję” to za mało. Ale dziękujemy z całego serca za nowe życie naszegodziecka – mówią wzruszeni rodzice.
Iteraz już mają tylko dwa marzenia. – Tonajwiększe, by Zosia była zdrowa. I to nieco mniejsze, byśmy w końcu wyjechalina upragnione wakacje, które planowaliśmy przed chorobą córki. I wierzę, że obasię spełnią – mówi Kuba.
Karolina Ławniczak
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przegladkoninski.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz