Bez wątpienia gmach biblioteki miejskiej, a wówczas Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej, na narożniku placu Zamkowego i ul. Adama Mickiewicza był jednym z najważniejszych w moim dziecięcym i młodzieżowym życiu, bo czytanie książek to od dziecka jedna z moich ulubionych czynności.
Edukacja tak naprawdę zaczyna się w domu rodzinnym, mimowolnie i dobrowolnie wyprzedzając edukację przedszkolną i szkolną. Mój ojciec Jerzy, znany w Koninie filatelista i działacz Polskiego Związku Filatelistów, miał ogromną kolekcję znaczków, a ich zbieraniem zaraził też moją mamę Halinę. Ojciec miał bardzo szeroką wiedzę ogólną, którą realnie docenić mogę dopiero będąc dorosłym, a wspomniana kolekcja znaczków z całego świata i liczne polskie i zagraniczne katalogi filatelistyczne, zwłaszcza katalogi Michel dodatkowo pobudzały do wszechstronnego interesowania się światem - sportem, geografią, biologią i historią. Doskonałym przykładem edukacji historyczno-geograficznej może być klaser ze starymi znaczkami niemieckimi, w tym hitlerowskimi z okresu II Wojny Światowej, a przecież znaczki pocztowe opisywały kiedyś prawie wszystkie dziedziny życia. Dom rodzinny był pełen książek i czasopism, były encyklopedie, atlasy, więc dostęp do wiedzy był bardzo ułatwiony. Korzystali z nich czasami koleżanki i koledzy moi i mojej siostry, bo w tamtych czasach mało kto miał w domu 4-tomową encyklopedię. Moja starsza o 3 lata siostra Małgorzata umiała czytać zanim poszła do szkoły podstawowej, a ja nauczyłem się czytać razem z nią. Skutek był taki, że w wieku 4-5 lat, w Przedszkolu nr 1 „Kosmatek” byłem swego rodzaju lektorem – pani Zielińska, opiekunka mojej grupy przedszkolnej spokojnie mogła nas zostawiać na chwilę samych, ponieważ otoczony wianuszkiem słuchaczy czytałem na głos „Misie” i „Świerszczyki”.
I właśnie będąc przedszkolakiem, byłem bardzo aktywnym czytelnikiem, wypożyczającym książki i komiksy z wypożyczalni dla dzieci i młodzieży biblioteki przy Placu Zamkowym, na długo zanim zostałem jej oficjalnym członkiem, a trwało to kilka lat. Tuż po rozpoczęciu edukacji szkolnej, jako posiadacz legitymacji szkolnej mogłem zostać oficjalnym członkiem biblioteki. Zaprowadził mnie tam ojciec, który razem z siostrą mógł w końcu odetchnąć z ulgą, bo odtąd miałem własne konto i odwiedzałem bibliotekę samodzielnie, a wcześniej zamęczałem ich częstymi wizytami i wypożyczeniami na ich konta biblioteczne. Biblioteka była bardzo dobrze wyposażona, a ja akurat byłem bardzo wymagającym czytelnikiem. Odwiedzałem ją bardzo często, co najmniej 3 razy w tygodniu. Obok przedszkola, biblioteka była więc moja drugą placówką edukacyjną.
Wypożyczalnia dla dzieci i młodzieży mieściła się naparterze budynku nieistniejącej dziś przy placu Zamkowym szkoły talmudycznej.Wtedy nikt tak jej potocznie nie nazywał, mówiło się po prostu biblioteka. Mojababcia Irena Nowak mówiła na ten budynek „bóźnica” lub „szkoła żydowska”,oczywiście nie przy żadnym tam placu Zamkowym, ale przy Garncarskim Rynku. Wpierwszych latach lat 80. XX w. ten odcinek zabudowy Starówki nie wyglądałatrakcyjnie – biała synagoga właściwa, tuż za biblioteką, była w opłakanymstanie i zamknięta na cztery spusty, a tuż za nią na zachód stał nieistniejącydziś, ciemno szary, odrapany budynek żydowskiej mykwy mieszczącej wówczaspiekarnię „SPOŁEM”. Z kolei działka przeciwległa do Szkoły Talmudycznej byłapusta (po rozebranej wcześniej eklektycznej Kamienicy Glubby) i dopiero późniejpowstał tam brzydki budynek z podcieniami, siedziba restauracji z dyskoteką onazwie „Patent”. Narożnik od strony południowo-zachodniej z dzisiejszą galerią„Zamek”, był zajęty przez niedokończoną budowę, o ile pamiętam DomuNauczyciela, który jak wiadomo nigdy nie powstał. Z kolei wzdłuż ul. ObrońcówWesterplatte, z posesją szkoły talmudycznej sąsiadował dom, w którym mieszkałkantor synagogalny. Był to parterowy dom mieszczański z II poł. XIX w., krytywysokim dachem naczółkowym. Dziś w tym miejscu stoi całkiem nowy, wyższy ojedną kondygnację budynek.
Wejście główne do biblioteki od strony ul. ObrońcówWesterplatte rozczarowywało, bo po odchyleniu grubej, ciężkiej kotary wchodziłosię wprost „na ścianę” do poprzecznego, wąskiego korytarza, o szer. ok. 2metrów, z którego od razu w lewo wchodziło się do wypożyczalni dziecięcej. Nawprost na ścianach wisiały gabloty informacyjne i z treściamiokolicznościowymi, a po prawej od wejścia stała kanapa. Za nią było okno, a wnarożniku stała lada szatni z przemiłą panią szatniarką Czesławą Waleryszak.Obok szatni była wąska i długa toaleta z maleńkim okienkiem, obok niej byłydrzwi prowadzące na zaplecze służbowe, w których czasem pojawiał się dyrektorbiblioteki pan Roman Sobczak. Całość parteru dopełniały wąskie, skrzypiąceschody wiodące na piętro, do wypożyczalni dla dorosłych oraz czytelni naukowej,miejsc dla dzieci i młodzieży właściwie niedostępnych, chyba, że w towarzystwiedorosłych.
Sama wypożyczania była dość ciemna, ponieważ okna budynkunie były szerokie i musiała być doświetlana. Na wprost od wejścia na salę stałobiurko bibliotekarki, a po środku było kilka rzędów stolików i krzeseł czytelni,gdzie można było czytać prasę i książki oraz korzystać z księgozbioruzastrzeżonego do użytku na miejscu. Dalej po prawej stały długie regały zksiążkami, było ich chyba sześć. Najlepiej pamiętam, gdzie stały i leżałykomiksy – znajdowały się na pierwszym regale po prawej od wejścia, od stronyściany. Zapamiętałem także niektóre panie bibliotekarki: Marię Zelek, JolantęKaczyńską, Renatę Kowalską i Renatę Wojciechowską, które pracują w bibliotecedo dziś, ale dziś to Miejska Biblioteka Publiczna im. Zofii Urbanowskiej zgłówną siedzibą przy ul. Dworcowej 13.
Mimo, że już od przedszkola dobrze znałem parterową częśćbudynku biblioteki czyli szkoły talmudycznej, ciągle był on miejscemtajemniczym. Jego wystrój wewnętrzny był całkowicie współczesny, ale wyglądzewnętrzny wzbudzał spore zaciekawienie. Szczególnie ciekawiło drugie wejścieod strony Synagogi. Byłem tam wtedy kilka razy, za drzwiami znajdowała sięciemna, ponura klatka schodowa z korytarzem na parterze i schodami wiodącymi napiętro budynku. Znajdowało się tam zaplecze biblioteki i to w tamtychpomieszczeniach rezydował dyrektor biblioteki.
Do Szkoły Podstawowej nr 1 im. Zofii Urbanowskiej poszedłemnieźle oczytany w Koziołku Matołku, Kwapiszonie, Guciu i Cezarze, baśniachAndersena, braci Grimm i Jana Brzechwy, klechdach domowych, śląskich, serii„Poczytaj mi mamo” i innych. W I, II, III klasie oprócz lektur, czytałem teżprzygody Mikołajka, które znałem wręcz na pamięć, podobnie jak Muminki, a takżeprzygody Pana Kleksa, prof. Baltazara Gąbki, Ferdynanda Wspaniałego i inne. WII klasie przeczytałem w całości „Iliadę” i „Odyseję”, a „Mity Greckie”autorstwa Wandy Markowskiej także znałem prawie na pamięć. Dziś mogę się śmiać,że znałem mity greckie równie doskonale, jak mój dziadek Stefan Małolepszydzieła Kraszewskiego, bo na starość najchętniej czytał po kolei Prusa,Sienkiewicza i Kraszewskiego. W III klasie szkoły podstawowej dopadłem„Pamiętniki żołnierzy Baonu „Zośka” – cegłę, która stała na półce z adnotacjąszkolną dla ojca za dobre wyniki w nauce. Była to wersja okrojona tej książki,ale zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Odtąd powoli przechodziłem do niecopoważniejszych pozycji, przygodowych i historycznych. Walery Przyborowski,Karol May, James Curwood, Alfred Szklarski, Zbigniew Nienacki, EdmundNiziurski, Adam Bahdaj, Ewa Lach, Krystyna Boglar, Marta Tomaszewska, JerzySzczygieł, Cezary Leżeński i jeszcze wielu innych to ulubieni autorzy książek,moi i moich rówieśników. Komiksy z przygodami takich bohaterów jak: Tytus,Romek i A’Tomek, Kajko i Kokosz, Gucek i Roch, Jonek, Jonka i Kleks oraz serie:Kapitan Żbik, Kapitan Kloss, Pilot Śmigłowca, Podziemny Front i król komiksu –miesięcznik „Relax” (w moich czasach już tylko używane z antykwariatu), byłytym, co mnie i wielu moich rówieśników wręcz elektryzowało. Wśród gazetszczególnie nostalgicznie wspominam mój ulubiony „Świat Młodych”, a także„Płomyczek” i „Płomyk”. Było jeszcze coś - małe książeczki z żółtym znaczkiem zgłową drapieżnika, czyli tomiki wojenne z serii „Tygrys”, czytałem je zzapartym tchem i nadal mam sporą kolekcję tych najstarszych wydań. Książkiwspomnianych autorów, komiksy i gazety w większości pochodziły z biblioteki nanarożniku Placu Zamkowego, a dziś mam je prawie wszystkie jako kolekcję wdomowej bibliotece, najczęściej z sygnaturami antykwariatu na tylnej stronieokładki. Przeżyły kilka przeprowadzek, zajmują sporo miejsca, ale nigdy ich sięnie pozbędę.
Tomasz Andrzej Nowak
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przegladkoninski.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz