Na „Święto ognia”czekało wielu miłośników twórczości Jakuba Małeckiego, autora pochodzącego z Koła. I właśnie jego najnowszaksiążka ukazała się na rynku! Choć grafik pisarza jest szczelnie wypełniony,znalazł czas na rozmowę z nami.
– „Święto ognia” tokameralna opowieść, jednak z dużym ładunkiem emocjonalnym. Po jej przeczytaniuczęsto wracam myślami do świata bohaterów – Nastki, Łucji i ich ojca. Jak Panuudawało się wychodzić z tych światów, by wrócić do swojego życia i znów potem wejśćdo świata rodziny z książki?
– Ciekawe, że pan o to pyta, bo właściwie całkiem niedawnomyślałem o tym i uświadomiłem sobie, że ja chyba po prostu w ogóle z tych moichświatów nie wychodzę. Kiedy wieczorem zamykam komputer, to nie znaczy, że niemyślę dalej o książce, jej bohaterach, kolejnych scenach i tak dalej. Wydaje misię, że literatura połączyła mi się z życiem tak mocno, że cokolwiek bym nierobił, zawsze z tyłu głowy mam historię, którą aktualnie chcę opowiedzieć.
– Czy Pan jako autorjednych swoich bohaterów lubi bardziej a innych mniej? Czy te Pana sympatie czyantypatie przekładają się potem na ich losy?
– Lubię większość moich bohaterów, natomiast zdarzają siętacy, do których mam szczególny stosunek – w nowej książce jest to pani Józefina,sąsiadka głównej bohaterki, którą ta obserwuje przez okno. Na spotkaniuautorskim kilka dni temu wspomniałem, że chciałbym być taki jak Józefina. Wpoprzednich książkach też zdarzały się postaci, które lubiłem szczególnie, naprzykład w „Dygocie” moją faworytką była sowa Durna. Nie wydaje mi sięnatomiast, żeby moje sympatie przekładały się na losy bohaterów. Staram siękierować nimi tak, żeby były jak najbardziej realistyczne i żeby jaknajbardziej pasowały do opowiadanej historii.
– Wersja „Święta ognia”,która się ukazała, jest tą drugą. Pierwszą, jak Pan mówił, wyrzucił do kosza.Czy rzeczywiście tak jest, a może jednak trzyma ją Pan gdzieś w archiwum iczytelnicy poznają kiedyś tę pierwotną wersję?
– Tak, to prawda. Nie była to jednak pierwsza taka sytuacjaw moim pisaniu. Zdarza się po prostu, że czytając to, co napisałem, czuję jakiśniedosyt i myślę sobie, że chciałbym opowiedzieć tę historię innym językiem,skomponować ją odmiennie albo pokazać ją z perspektywy innej postaci. Takwłaśnie było ze „Świętem ognia”, którego pierwsza wersja opowiadała historiętylko jednej z sióstr – tej, która tańczy. Dopiero, kiedy znalazłem niezwykłąnarratorkę, która opowiada książkę w jej ostatecznej wersji, poczułem, że tojest to.
– Jeszcze przedpremierą książki było wiadomo, że zostanie zekranizowana. To dodało Panu wiary,że będzie ona dobrze przyjęta przez czytelników? Czy może Pan opowiedzieć, jakdotarli do Pana twórcy takich filmów jak „Ida” i „Zimna wojna”?
– Było to dla mnie ciekawe i bardzo niespodziewanedoświadczenie. Szef wytwórni Opus Film, Piotr Dzięcioł, napisał wiadomość dowydawnictwa SQN, które publikuje moje książki i zapytał, czy prawa doekranizacji „Horyzontu” i ”Saturnina” są jeszcze wolne. Wydawca podał mu mójnumer telefonu, i podczas rozmowy Piotr Dzięcioł zapytał, co aktualnie piszę.Powiedziałem mu o czym mniej więcej ma być „Święto ognia”, a on bardzo się tymzainteresował. Poprosił, żebym wysłał mu tekst jak tylko go ukończę. Tegosamego dnia, kiedy skończyłem wprowadzać ostatnie poprawki do książki, wysłałemmu ją, a nazajutrz Piotr zadzwonił z informacją, że chce „Święto ognia”zekranizować. Wszystko to potoczyło się więc bardzo szybko i jak dla mniebardzo niespodziewanie.
– Jak ważne jest dlaPana to, że reżyserią zajmie się Kinga Dębska?
– Wie pan, szczerze mówiąc ja niezbyt znam się na polskimkinie i na kinie w ogóle, ale tak się składa, że filmy Kingi Dębskiej widziałemi bardzo je lubię. Dlatego, kiedy dowiedziałem się, że producent to właśnie jejzaproponował reżyserię filmu, ucieszyłem się i jestem spokojny o efekt końcowyjej pracy.
– Recenzje „Świętaognia” są skrajne. Od tych entuzjastycznych po nieprzychylne. Spodziewał sięPan tego? Dotykają Pana negatywne oceny, podcinają skrzydła?
– Kilka lat temu postanowiłem sobie, że nie będę czytałrecenzji moich książek, dlatego nie mam pojęcia, co myślą o nich krytycy i jakje oceniają. Co więcej, nie śledzę w mediach społecznościowych żadnej pisarkiani żadnego pisarza, nie obserwuję magazynów książkowych, nie czytam gazet.Chciałem być od tego wolny, żyć sobie na bezludnej wyspie i pisaćnajpiękniejsze książki, jakie potrafię, nie oglądając się na trendy, oceny iaktualne mody literackie.
– Mówił Pan jakiś czastemu na łamach naszego tygodnika, że Pana nowa powieść rozgrywa się częściowo wświecie baletu i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, miejsce dla Koła teżpowinno się tam znaleźć. Czy udało się Panu to rodzinne miasto w jakiśzakamuflowany sposób „przemycić”, bo tak wprost trudno Koło odnaleźć?
– Ma pan rację, rozmawialiśmy o tym, ale niestety nie,ostatecznie w trakcie pracy koncepcja trochę mi się zmieniła. Na pewno jednakKoło jeszcze się w moim pisaniu pojawi.
– Jedna z bohaterek,Łucja, jest baletnicą, i często w kontekście tej książki mówi się właśnie otańcu, jednak to na pewno nie jest książka o tańcu. Dlaczego właśnie postawiłPan na balet a nie na inny zawód czy pasję, w których też często możnaprzekroczyć niebezpieczną granicę?
– Rzeczywiście, mógł to być każdy inny zawód. Wybrałembalet, ponieważ bardzo pasował mi do tej bohaterki i całej tej historii.Wyobrażam sobie jednak, że Łucja mogłaby zajmować się wieloma innymi rzeczami.Mnie zdecydowanie bardziej interesuje sama bohaterka, jej relacje, jej lęki inamiętności niż to, jaki zawód wykonuje.
– Co dla Pana jakopisarza jest taką niebezpieczną granicą, której nigdy by Pan nie przekroczył,albo bałby się przekroczyć?
– Nigdy nie pisałem i nigdy nie napiszę nicskandalizującego, kontrowersyjnego, obraźliwego ani szokującego. Takie obszaryżycia i literatury po prostu mnie nie interesują. Na pewno nie chciałbym teżnapisać czegoś, co sprawiłoby, że ktoś z mojego otoczenia mógłby poczuć sięniekomfortowo – zawsze kiedy w książce pojawia się coś z mojego prywatnegożycia, pytam moich bliskich, czy dla nich to będzie okej.
– W jednym z wywiadówpowiedział Pan, że wszystko w życiu robimy po coś, a tańczymy tylko po to, żebytańczyć. Czy Pan należy do tych osób, które są królami parkietu? Szalał Pan naszkolnych dyskotekach czy raczej, jak to się mówi, podpierał ściany? Lubi Pantańczyć zapominając o bożym świecie?
– W młodości tańczyłem na dyskotekach, ale chyba nienazwałbym się królem parkietu – raczej parkietowym błaznem. Później, kiedy wśródznajomych zaczęły się wesela, okazało się, że takie całonocne szaleństwo wruchu to coś bardzo uspokajającego. Na weselach i innych okazjach tańczę więcbardzo dużo. Dalej jest to taniec trochę błazeński i niezbyt profesjonalny, alesprawia dużo radości.
– Jak długo„odpoczywa” Pan po wydaniu książki, by potem myśleć czy pisać kolejną? A możejuż pojawił się jakiś pomysł?
– Zwykle robię sobie kilka dni wolnego, objadam się wtedysłodyczami i leniuchuję, ale ta końcówka pracy nad książką to czas, kiedy najczęściejchodzi mi po głowie jakaś nowa historia, więc prędzej czy później – raczejprędzej – ciągnie mnie już do tego, żeby spróbować się za nią zabrać.
– Który etap pracynad książką lubi Pan najbardziej?
– Zdecydowanie początek. Samo wymyślanie historii,zastanawianie się nad nią podczas spacerów i długich podróży samochodowych. Tojest fascynujące i ciekawe chyba głównie dlatego, że człowiek wyobraża sobie,że wszystko, absolutnie wszystko jest jeszcze w tej książce możliwe.
– Czy jest szansa, żeprzyjedzie Pan ze „Świętem ognia” do Koła czy Konina? Z tego co wiem, wnajbliższym czasie nie będzie łatwo, bo Pana kalendarz jest szczelnie zapisany!
– Przyjadę, ale raczej do rodziców, a nie w celachzawodowych. Przyznam panu, że w tym roku mam już tyle wyjazdów i zobowiązań, żekolejnych propozycji czy zaproszeń już po prostu nie daję rady przyjmować.Staram się równoważyć szum medialny spokojem domowego życia i dbam o to, bymieć też czas dla siebie. Mam wielką nadzieję, że w końcu uda mi się pojawić w Koninie,ale na pewno nie będzie to w tym roku.
– „Święto ognia”zobaczymy na ekranie, o czym była już mowa. Już dużo wcześniej pojawiły sięinformacje, że Bodo Kox zajmie się ekranizacją innej Pana książki, czyli„Horyzontu”. Na jakim etapie jest ta produkcja i, czy już coś więcej może Pan oniej powiedzieć?
– Całe to doświadczenie ze światem filmu jest bardzopouczające. „Horyzont” miał powstać już rok temu, ale niestety planyproducentów tego filmu pokrzyżowało zamknięcie kin. Na projekty filmowe wpływma tak wiele tak różnych rzeczy, że właściwie co chwilę pojawiają się jakieśnieprzewidziane trudności. Odpowiadając na Pana pytanie: reżyser jest pocastingach, aktorzy są wybrani, a scenariusz gotowy, ale kiedy i czy w ogóleostatecznie ten film powstanie, trudno jest mi powiedzieć. Natomiast muszęprzyznać, że ja nie ekscytuję się tym jakoś przesadnie ani nie wyczekujękolejnych informacji od producentów. Jeśli film powstanie, to fajnie, ale jeślinie, to dla mnie też w porządku. Ja kocham książki i to one są dla mnienajważniejsze. Wszystko, co dzieje się wokół to tylko przyjemne dodatki.
zdj. Wojtek Biały
Wywiad ukazał się również 38. papierowym wydaniu Przeglądu Konińskiego.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu przegladkoninski.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz