Po przejechaniu Tour de France, wyścigu uważanego za jeden z najtrudniejszych na świecie, wrócił do rodzinnego domu tylko na jeden dzień. I pierwsze swoje kroki skierował do sadu. Najbliżsi powitali go jego ulubionymi owocami – borówkami. Na stole pojawiły się również warzywa, kluski ziemniaczane i rosół. Po krótkiej rozmowie z najbliższymi, rozpoczął kolejny... trening. Bo Marcin Sapa już w niedzielę wystartował w kolejnych ważnych zawodach, czyli Tour de Pologne. W napiętym grafiku kolarz znalazł jednak czas dla „Przeglądu Konińskiego”. Z naszą gazetą wiążą się jego miłe wspomnienia, bo kilkanaście lat temu Marcin wygrał plebiscyt „PK” na najlepszego sportowca.
– Start w Tour de France to marzenie każdego kolarza. Jak zareagowałeś, gdy dowiedziałeś się, że pojedziesz w tym najtrudniejszym wyścigu?
– Byłem zaskoczony. Wiedziałem, że jestem w dwunastce typowanych kolarzy. Nie spodziewałem się jednak, że znajdę się w dziewiątce, która wystartuje. Od początku sezonu aktywnie jeździłem w wyścigach. Może to też taki większy sprawdzian przed przedłużeniem kontraktu z grupą Lampre. Do Tour de France nie przygotowywałem się specjalnie. Nie było czasu. W poniedziałek dostałem informację, że jadę, a w środę miałem już samolot do Monako.
– Konińscy trenerzy, pod okiem których zaczynałeś swoją karierę, pilnie śledzą twoje sukcesy. Byli przekonani, że pokażesz się podczas Tour de France. I tak się stało.
– Moim zadaniem było próbowanie sił w ucieczkach. Może udałoby się dojechać do mety w którejś z nich. I było blisko, zabrakło kilometra. Generalnie nic wtedy nie wskazywało, że ta mała grupa ma szansę dojechać do końca. Zmyliło mnie trochę zachowanie peletonu na ostatnich 30 kilometrach, który najpierw trochę popuścił, a potem zaczął gonić. Przyznam się, że scenariusz tej ucieczki był dość niespodziewany.