Jestem za. Za tym, by być dumną z biało-czerwonych barw i nie wyłączać telewizora, gdy gra reprezentacja Polski. I nie mam tu wcale na myśli kiepskiego poziomu. Chodzi mi raczej o burdy, z których kilka miesięcy temu zasłynęli polscy kibole. Czy pamiętacie państwo wynik meczu z Litwą? Przegraliśmy. I to nie tylko na murawie. „Fani” zdemolowali stadion, powyrywali sztachety, zniszczyli ławki. Tak po prostu.
Jestem za. Za tym, by na mecze mogły przychodzić całe rodziny. I nie rozglądały się, czy z sektora obok nie poleci w ich stronę butelka albo raca. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu tata zabrał mnie na mecz towarzyski. Polska grała z Holandią. I to w Koninie. Nie lada wydarzenie. Teraz się przyznam, że niewiele widziałam. Częściej plecy pana z przodu niż piłkarzy. Ale emocje pozostały. Ja na razie nie zamierzam zabrać swoich córek na mecz. Dopóki zakaz stadionowy będzie istniał tylko na papierze. A ludzie pokroju „Starucha” będą mogli wejść na większość ligowych rozgrywek. I dopóki uderzenie piłkarza będzie im szybko zapominane.
Jestem za. Za pięknym dopingiem swojej drużyny przez kibiców, ale takich przez duże K. I to nieważne, czy grają w A klasie, czy w ekstraklasie. Mam jednak często ochotę złapać „wiernego fana” za rękę, wyprowadzić go ze stadionu i dać symbolicznego klapsa. Wtedy, gdy odpala race i rzuca petardy. Doskonale zdając sobie sprawę, że jest to karane. A obserwator PZPN-u jest prawie na każdym meczu. Nawet w Koninie.
Jestem za. Za ochroniarzami i policjantami, którzy skrzętnie wyłapują wnoszących na stadion pałki, kije, petardy, race. I nie boją się dokładnie przeszukać delikwenta. Nie wpuszczają też kolegów i „znajomych królika” przez dziurę w płocie.
I w końcu jestem za... Margaret Thatcher. Ta „żelazna dama” twardą ręką rozprawiła się z pseudokibicami. Nie bała się demonstracji, opuszczania na dziesięć minut stadionów, czy też krytyki ze strony opozycyjnych polityków. Marzy mi się, by tak, jak w Anglii, przekroczenie linii boiska było surowo karane, zakazy stadionowe stały się rzeczywistością, a ich złamanie karane było więzieniem i wysoką grzywną. Zaś większe wybryki chuliganów skutkowały nawet... zawieszeniem rozgrywek. Bo to tylko podziała na kiboli.
Dlatego jestem za. Nawet wtedy, gdy piłkarzom przychodzi grać przy pustych trybunach, a prawdziwym kibicom – których, nie wątpię, są tysiące – dopingować swoją drużynę przed stadionem. Podobnie jak większość rodaków. Bo w sondażu przeprowadzonym przez Homo Homini 54 procent dobrze ocenia decyzje wojewodów dotyczące zamknięcia stadionów w Poznaniu i Warszawie.
Tylko liczę na to, że za tym pójdą kolejne konkretne decyzje. I nie będzie to tylko zamknięcie dla samego zamknięcia. Bo takie już w polskim futbolu były. W dobie Internetu i szybkich pociągów od Anglii chyba nie dzieli nas aż tak wiele kilometrów.
A tak z lokalnego podwórka. Czy wiecie, ile kosztowały nas burdy na stadionie w Bydgoszczy? 932 tysiące złotych. Tyle potrzebuje mała Iga, by dalej żyć. Bez komentarza.