Jeśli do końca lutego prezydenci i radni nie znajdą sposobu na poszukanie oszczędności w konińskiej oświacie, może stać się tak, że już w październiku nie będzie na pensje dla nauczycieli, a w 2013 roku trzeba będzie zamykać szkoły. W kuluarach urzędu i ratusza jak widmo krąży również słowo-groźba „komisarz”, który w razie długotrwałej niewypłacalności Konina mógłby do miasta wkroczyć. Tyle że, zgodnie z przepisami, do takiego finału wciąż bardzo daleka droga i obecnie tego typu alarm jest zdecydowanie przesadzony. – Dziś sytuacja nie jest tragiczna, ale może taką się stać, jeśli pewnych wyprzedzających ruchów nie podejmiemy – komentował podczas sesji prezydent Józef Nowicki. Czy w Koninie dojdzie więc do połączenia niektórych szkół?
Oczywiście łączenie i zamykanie szkół to ostatnio zjawisko ogólnopolskie. Jak się okazuje, bezboleśnie oświaty przez czasy niżu demograficznego nie przeprowadzi również Konin. Dziś wydaje się to jasne, choć pomysły władz miejskich oprotestowują i rodzice, i nauczyciele. – Dlaczego chcecie państwo oszczędzać na naszych dzieciach? – pytają rodzice. – Dlaczego na szkołach, a nie na urzędzie miasta? – dodają niektórzy radni. Odpowiedź jest prosta. Miasto szuka środków tam, gdzie najwięcej ich dokłada. Może nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale oświata pochłania 43 proc. całego budżetu Konina (a 83 proc. tych środków to płace dla nauczycieli). Tymczasem wszystko na to wskazuje, że w tym roku mimo milionów dopłacanych z kieszeni podatników do ministerialnych subwencji, na szkoły zabraknie około 7,5 miliona złotych. Trzeba oszczędności. I to nie tylko takich, jak zabieranie dyrektorom telefonów komórkowych czy urzędnikom w UM delegacji. Potrzeba rozwiązań już systemowych.
Podczas ostatniej sesji Rady Miasta propozycje miejskie przedstawił przybyłym rodzicom, dyrektorom szkół, nauczycielom wiceprezydent Dariusz Wilczewski. Najkrócej rzecz ujmując, powołane przez prezydenta 4 zespoły do spraw restrukturyzacji oświaty wypracowały kilka wariantów zmian.
więcej w Przeglądzie Konińskim