
Mirosław Mielcarek, dyrektor Izby Wytrzeźwień w Koninie, stracił pracę. Umowę rozwiązano wprawdzie za porozumieniem stron, ale wiadomo, że sprawa dotyczy „wojny”, jaką miasto prowadzi z sąsiednimi gminami, które nie chcą dokładać do utrzymania izby, mimo że ich mieszkańcy w placówce regularnie bywają. Od dziś jedno jest jednak pewne. Jeśli jesteś mieszkańcem np. Starego Miasta, Krzymowa, Kramska, Kleczewa albo Goliny, to... w stanie nietrzeźwości zawieziony zostaniesz przed dom własnego wójta czy burmistrza – tak proponuje prezydent Konina.
– Od początku, od kiedy tylko objąłem urząd, analizuję koszt utrzymania poszczególnych jednostek, w tym izby wytrzeźwień. Niestety, wyraźnie widać, że kwoty, które miasto dopłaca do IW, są bardzo wysokie – informuje Józef Nowicki, prezydent Konina.
Oczywiście mowa przede wszystkim o „pacjentach”, którzy do izby trafiają, ale za pobyt w niej nie płacą, a wyegzekwowanie od nich należności jest niemożliwe. Tymczasem około 60 proc. pobytów dotyczy koninian, a pozostałe to „wizyty” mieszkańców sąsiednich (bliższych i dalszych) gmin. Wydawałoby się więc logiczne, że do utrzymania konińskiej izby sąsiedzi powinni dopłacać. Powinni, ale niestety nie wszyscy chcą. – Przedstawiłem problem, podając dość szczegółowe wyliczenia, kolegom wójtom i burmistrzom – mówi prezydent Nowicki. – Niestety, większość z nich odniosła się do sprawy bez jakiegokolwiek zrozumienia. Usłyszałem, że gminy nie mają na to pieniędzy.
W kolejnym spotkaniu wzięli również udział przedstawiciele policji. – Ten problem narasta – komentuje prezydent. – Proszę sobie wyobrazić, że są tacy ludzie, którzy opuszczają izbę wytrzeźwień rano, a wracają do niej wieczorem! Wystosowałem więc do gmin pisma. I znów bez większego odzewu. Nie ma chęci i woli (poza nielicznymi przypadkami) do partycypacji w kosztach utrzymania IW.
więcej w Przeglądzie Konińskim