Echa 11-listopadowych zamieszek dotarły także do Konina. Pasażerowie wracający ze stolicy pociągiem relacji Warszawa-Poznań, z przerażeniem obserwowali zachowanie młodych, agresywnych mężczyzn. – Podróż z pewnością nie należała do najprzyjemniejszych – mówi mieszkanka Konina, która przez ponad dwie godziny narażona była na głośne krzyki, huk i dym odpalanych rac. Kilka petard wybuchło na stacji w Kole, dwie kolejne w Koninie.
Tegoroczne Święto Niepodległości z pewnością długo zapamiętamy. Zapisze się jednak na niezbyt chlubnych kartach historii. Manifestacje środowisk narodowych i przeciwników z grup antyfaszystowskich przerodziły się w regularną bitwę. Jej bilans to ponad 200 zatrzymanych, blisko 30 rannych w szpitalach, zniszczone samochody. W starciach z anarchistami i chuliganami rannych zostało także kilkudziesięciu policjantów. W ruch szły kamienie, płyty chodnikowe, koktajle Mołotowa... Wszystko, co można było wyrwać, połamać, podnieść z ziemi...
Świadkami głównych uroczystości, a potem zamieszek, byli też mieszkańcy Konina. Nasza redakcyjna koleżanka na długo zapamięta podróż powrotną ze stolicy. Przyznaje, że nie czuła się bezpiecznie w gronie kilkudziesięciu rozkrzyczanych mężczyzn. – Zachowywali się jak na stadionie – mówi. – Oprócz nich w pociągu znajdowały się matki z dziećmi, ludzie starsi. Wszyscy bali się, słuchając krzyków i skandowanych haseł typu „Ole, ole, to my, kibole”.
więcej w Przeglądzie Konińskim