Jeszcze do niedawna w pełni sprawny, dziś uczy się żyć od nowa. W wyniku wypadku, 27-letni Andrzej Wojciechowski stracił prawą nogę. – Wcześniej praktycznie do lekarzy nie chodziłem – mówi. Teraz wszystko obróciło się o 180 stopni. Cały czas ma straszne bóle. Bierze najsilniejsze leki, teraz przechodzi na morfinę. – Często kładę się do łóżka, próbuję zasnąć, żeby o tym zapomnieć, ale się nie da – mówi. Niestety, nie może też liczyć na urzędników, którzy – jak przyznaje – traktują go jak bezduszną cyferkę w dokumentach. Na orzeczenie o stopniu niepełnosprawności czekał ponad trzy miesiące. A ma na utrzymaniu żonę i małego synka. Niedługo skończą się im pieniądze. – Nie wiem, za co będziemy żyć, gdzie szukać pomocy! – mówi.
To bardzo kochająca się rodzina. Są dla siebie wsparciem w tym trudnym czasie, choć wiedzą, że samą miłością nie da się żyć. Jeszcze do niedawna wszystko wyglądało inaczej. Andrzej Wojciechowski miał pracę, stałą pensję. Utrzymywał rodzinę. W wyniku wypadku w pracy stracił prawą nogę. – 17 czerwca wyszedłem ze szpitala. Na początku lipca dostałem wypis – mówi 27-letni mężczyzna. Obecnie tymczasowo zameldowany jest w Sławsku. Tutaj też mieszka, ale pochodzi i wychował się w Koninie.
Dziś wie, że osoba niepełnosprawna musi nie tylko zmagać się z bólem fizycznym, trudnościami w poruszaniu się, ale także z machiną urzędniczą. – Otrzymanie orzeczenia o stopniu niepełnosprawności kosztowało mnie ponad trzy miesiące czekania. To straszne zarówno dla mnie, jak i dla mojej żony. W tej chwili mamy na życie wypłatę wypadkową. To około 1100 złotych – mówi.
więcej w Przeglądzie Konińskim