Po dziewięciu miesiącach śledztwa policja zatrzymała 27-letniego Marcina B., podejrzanego o zabójstwo własnego ojca. Sąsiedzi przyznają, że kamień spadł im z serca. – Od dawna wiedzieliśmy, że to on! – mówili, obserwując wizję lokalną z udziałem skutego w kajdanki młodego mężczyzny. Dowody winy były na tyle mocne, że w czwartek sąd zastosował wobec niego areszt tymczasowy. Prokurator nie chce zdradzić szczegółów ciągle jeszcze tajemniczej zbrodni. Wiadomo jedynie, że syn przyznał się do winy i złożył zeznania. Ustalono, że w momencie popełnienia czynu nie był ani pijany, ani pod wpływem narkotyków. Zabójstwo poprzedziła rodzinna awantura. Wykluczono motywy finansowe. Prawdopodobnie konflikt z ojcem dotyczył kontynuowania studiów przez Marcina B. – Nie potwierdzam i nie zaprzeczam – skomentowała krótko prowadząca sprawę prokurator Krystyna Kasprzak.
Leżał w kałuży krwi
Do okrutnego morderstwa doszło pod koniec października na osiedlu Wilków w Koninie. We własnym domu, od ciosów zadanych ostrzem, zginął 55-letni właściciel przydrożnego baru, a jego syn z ranami ciętymi rąk i szyi trafił do konińskiego szpitala. Pierwszymi świadkami byli dwaj przypadkowi przechodnie. To oni zauważyli leżącego w kałuży krwi przed wejściem do posesji 55-latka. – Miał ogromną ranę na twarzy, w okolicach szczęki. Druga przecinała szyję – opowiadali zaraz po zdarzeniu. – Tracił przytomność… Mimo reanimacji, zmarł.
Gdy na miejscu pojawili się ratownicy, z domu wyszedł syn poszkodowanego mężczyzny. Również cały we krwi. Jak się okazało w szpitalu – rany, jakich doznał, nie zagrażały jego życiu. Prokuratura nie chciała ujawnić zeznań, które złożył. Jedynie świadkowie twierdzili, że mówił o nieznanych mężczyznach, którzy rzekomo napadli jego i ojca. Śledczy nie komentowali żadnych przypuszczeń, ani podejrzeń. Tym bardziej spekulacji na temat tego, co wydarzyło się w domu jednorodzinnym na Wilkowie. Nie było żadnych świadków zajścia. Sąsiedzi niczego nie słyszeli i nikogo nie widzieli. Co więcej – zapewniali, że była to spokojna i zgodna rodzina. Nie miała żadnych wrogów. – Od kilku lat pan Rysio wraz z żoną, mieli bar przy drodze na Warszawę. Na pewno nie prowadzili żadnych podejrzanych interesów – mówili.
Czemu to trwa tak długo?
Tuż po zbrodni okazało się, że z domu nic nie zginęło. Nie wykryto też żadnych śladów, świadczących o obecności osób trzecich. Panujący bałagan (poprzewracane szafki) wskazywał na krwawą walkę, jaka musiała się toczyć. – Tylko między kim? – to pytanie nurtowało coraz bardziej i wywoływało lawinę komentarzy. – Czemu to śledztwo tak długo trwa? Czy to była zbrodnia doskonała?
więcej w Przeglądzie Konińskim