Jakie są granice ludzkiego okrucieństwa? Do czego może być zdolny człowiek? Te pytania od tygodnia zadają sobie mieszkańcy Konina i całej Polski, którymi wstrząsnęła wieść o ciężko rannej suczce skazanej na śmierć w męczarniach. – Nigdy nie zapomnę przerażającego widoku. Śni mi się po nocach – mówi pan Jerzy, który jako pierwszy zauważył psa. Zwierzę miało wyrwaną przednią łapę i było przywiązane do podpory rurociągu ciepłowniczego pod wiaduktem Briańskim w Koninie. Czy taki los celowo zgotował mu właściciel? – odpowiedzi na to pytanie poszukuje konińska policja.
Pan Jerzy przechodził ścieżką nad torami, od strony tunelu. – Najpierw usłyszałem ujadanie psa, potem stanąłem jak wryty – opowiada. – Zwierzę stało na trzech łapach, czwarta była wyrwana. Przeraźliwie wyło z bólu i miało tak krótką smycz, że nawet nie mogło się położyć, bo by się udusiło na własnej kolczatce. Nigdy nie widziałem takiego cierpienia.
W pierwszej chwili mężczyzna pomyślał, że to wynik jakiejś walki psów. – Szybko jednak doszedłem do wniosku, że to niemożliwe, żeby zwierzę straciło łapę – mówi. – Zadzwoniłem na policję, ale byłem tak zszokowany, że nie potrafiłem nawet podać dokładnego miejsca.
To jednak nie przeszkadzało, by sprawy potoczyły się błyskawicznie. Zaalarmowani pracownicy Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami szybko odnaleźli wycieńczoną amstaffkę i zabrali ją do weterynarza Błażeja Plazy. Ten przez trzy godziny ratował jej życie na stole operacyjnym. – Rana była bardzo zabrudzona – mówi. – Musiałem usunąć wszystkie martwe tkanki. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tak dużym urazem. Na pierwszy rzut oka oceniłem, że została urwana kończyna – jak się okazało – razem z łopatką. Zdjęcie rentgenowskie, na całe szczęście, wykluczyło uraz kręgosłupa.
więcej w Przeglądzie Konińskim