Chciał zabić, czy tylko postraszyć? Na to pytanie będzie musiał odpowiedzieć koniński Sąd Okręgowy, przed którym wkrótce stanie 30-letni mężczyzna. Rozbójnik ostrym bagnetem wojskowym zadał trzy ciosy pracownikowi stacji benzynowej w małej wsi pod Kleczewem. Jego ofiara długo walczyła o życie w konińskim szpitalu. Osobną rolę w bandyckim napadzie odegrała przyjaciółka podejrzanego. Z ustaleń śledztwa wynika, że to właśnie ona „wskazała” miejsce, gdzie można łatwo i bezpiecznie zdobyć duże pieniądze.
O napadzie na stację benzynową pod Kleczewem stało się głośno w połowie ubiegłego roku. Raniony ostrzem pracownik trafił do szpitala z rozległymi ranami. Lekarze stwierdzili uszkodzenie wątroby i wstrząs krwotoczny. Konieczna okazała się operacja. Mimo rozległych ran i złych rokowań, pracownik stacji wrócił do zdrowia. Prokuratura długo utrzymywała w tajemnicy rezultaty dochodzenia. Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy – poszkodowany nie chciał mówić. Prawdopodobnie paraliżował go strach przed zemstą. I pewnie długo śledczy nie poznaliby prawdy, gdyby nie… przypadek.
18 września, czyli trzy dni po napadzie na stację paliw, policja otrzymała doniesienie o rozboju w sklepie w powiecie słupeckim. W samym środku dnia, około godziny 14.00, do spożywczego wpadł zamaskowany mężczyzna. Podbiegł do stojącej za ladą ekspedientki, chwycił za kark, zmusił do uklęknięcia i przystawił do głowy ręczny miotacz gazu, kształtem przypominający pistolet. Żądał wydania pieniędzy. Kiedy kobieta wielokrotnie zapewniła go, że kasa jest pusta, rozbójnik zabrał karton papierosów Marlboro i wybiegł na zewnątrz. Przerażona sprzedawczyni zachowała jednak jasność umysłu. Zapamiętała część numerów rejestracyjnych i markę wozu, do którego wsiadł napastnik. Zadzwoniła do swojego szefa, a ten na policję. Rozpoczęło się poszukiwanie bandyty.
więcej w Przeglądzie Konińskim