Zakupowy szał ogarnął koninian. Wszystkich. I nie chodzi o świąteczne prezenty, bo to już tradycja, że w sklepach wtedy zawsze są tłumy. Mowa o tym, co postawimy gościom na stole. Dwa tygodnie przed Wigilią markety jeszcze bardziej zapełniły się ludźmi, którzy chcieli o złotówkę czy dwie kupić taniej produkty na świąteczne potrawy. Po ryby i mięsa ogromne kolejki. Dwie w jednym sklepie. Osobne. W każdej trzeba postać przynajmniej 40 minut, mimo że klientów obsługują trzy ekspedientki. Towarzyszą temu oczywiście tłok, zniecierpliwienie i... kłótnie. Jak w czasach PRL-u.
Kto tęskni za długimi kolejkami, może przed świętami przypomnieć sobie czasy, kiedy to na półkach było pusto, a przed ladą długi ogonek po kostkę masła czy paczkę prawdziwej kawy. To prawda, że dzisiaj mamy kolejki właściwie tylko na specjalne okazje. A za takie można uznać przedświąteczne przygotowania. Koninian kuszą promocje, kilkuzłotowe obniżki na przykład na... śledzie. A ile przy tym nerwów.
Ostatnio mieliśmy okazję oglądać taką scenę w jednym z największych marketów w Koninie. Ogonek do rybnego rozciągał się na kilkadziesiąt metrów, aż w pewnym momencie stykał się z ludźmi stojącymi po mięso. Zaciekawiło nas, jakie ryby kupują koninianie na święta. Pierwsza myśl, że karpie. Może tańsze niż w innych sklepach? Okazało się, że ludzie kupowali po prostu śledzie. Przede wszystkim. Rzadko kto wędzone czy do smażenia. Brali po 4, 5 kilogramów. Przyszło nam do głowy, że wielu gości będą mieć w te święta.